Chrystus cierpiał za was

Teraz ogląda nas 6 Poszukiwaczy Pereł

10 września 2010

Menu

WPIS

KSIĘGA GOŚCI


Wcześniejsze

Rok 2006
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
Rok 2005
grudzień
 listopad
 październik
 wrzesień
 sierpień
 lipiec
 czerwiec
 maj
 kwiecień
 marzec
 luty
 styczeń
Rok 2004
 grudzień
 listopad
 październik
 wrzesień

Św. Franciszek

rozdział 1
rozdział 2
rozdział 3
rozdział 4
rozdział 5
rozdział 6
Kult Jezusa Eucharystycznego
Zbiór Asyski cz. 1
cz. 2
cz. 3

Ciało Pańskie
prawdziwa radość

Ojcowie Pustyni

Abba Antoni
Inni Ojcowie

Różne

różaniec-modlitwa ubogich
Pochwała klepania modlitw
Jestem cienkim Bolkiem
Prawdziwa miłość czeka
Historia batoników orzechowych
Piękne jest to co mówisz
To ja...Paul!
Ludzie światowi
John Chapman-Komunia Św.
Św. Bonifacy
Pewna historia
Spowiedź-Św. Franciszek Salezy
Adoracja
Św. Jan z Dukli
dzieci i modlitwa

Jesteś tu
osobą.


"Im mniej się modlisz tym gorzej to idzie"

2005 wrzesień
30/9/2005 Henri Caffarel - W obliczu Boga cz 4

Rada starego proboszcza Rada starego proboszcza


Poznałem niedawno pewnego sabaudzkiego wieśniaka, który poza swą pracą zawodową spełniał różne odpowiedzialne funkcje w organizacjach rolniczych. Opowiadano mi też o jego wyjątkowym zaangażowaniu religijnym. Przedstawiliśmy się sobie, wymieniliśmy uwagi na interesujący nas temat, Gdy powiedziałem mu o „Cahiers sur 1’oraison”, wyraźnie się ożywił. Domyślając się, że jego reakcja mnie zaintrygowała, sam wyszedł naprzeciw mojej ciekawości. „Kiedy byłem młody, często służyłem do mszy staremu proboszczowi z naszej wsi. Był to dziwny człowiek, szorstki, mrukliwy, milczący. Bano się go trochę i podziwiano, a raczej szanowano bardzo. Nikt nie miał odwagi zbliżyć się do niego na co dzień, ale w razie jakichś kłopotów każdy od razu szedł na plebanię zasięgnąć jego rady. Plebania była uboższa niż cela mnicha. Proboszcz spędzał długie godziny w kościele, na modlitwie. Pewnego dnia – miałem wówczas prawie czternaście lat – powiedziałem do niego: «Ja także chciałbym umieć się modlić». Musiało wtedy nastąpić w nim coś niezwykłego, gdyż uśmiechnął się tak, że uśmiechu tego nie można wyrazić słowami, on, którego uśmiechu nikt nie pamiętał. Wydawał się taki szczęśliwy. Myślałem, że będzie ze mną długo rozmawiał w zakrystii, gdzie unosiła się niezbyt mocna woń kadzidła. Nie umiem, niestety, opisać jego spojrzenia jasnego, o wyjątkowej czystości. Powtórzę dosłowne jego odpowiedź; to tylko kilka słów: «Kiedy idziesz do Boga, chłopcze, myśl bardzo intensywnie, że On jest obecny i powiedz Mu: Panie, oddaję się do Twojej dyspozycji» i swoim szorstkim tonem dokończył: «Prędzej, pospiesz się z układaniem sutanny». Zrozumiałem wówczas, że jego opryskliwość w rzeczywistości była wstydliwością.

Tego dnia nauczyłem się modlić. I mija już czterdzieści lat, jak co dzień modlę się, oddając się Bogu do dyspozycji.

Przyznasz, że ta opowieść ma wartość całej konferencji na temat modlitwy. Zwolnij mnie więc z pisania ci dzisiaj czegoś więcej. Spróbuj zrozumieć, co to znaczy „być do dyspozycji Boga”. To znaczy bardzo dużo. Trzeba zacząć od wyrzeczenia się dysponowania sobą. Następnie trzeba wyzbyć się poczucia własności w stosunku do siebie samego, zdać się całkowicie na Boga, pozostawić do Jego uznania, do Jego władzy, swoje ciało, rozum, serce, wolę, życie, aby tym dysponował według własnego upodobania.

Lecz po co usiłować to tłumaczyć? Słowa nie mogą ułatwić zrozumienia tego. Proś starego proboszcza, który pewnie już nie jest szorstki teraz, gdy znalazł Tego, którego szukał, aby wyjednał Ci łaskę pozostawania do dyspozycji Boga.

28/9/2005 Henri Caffarel - W obliczu Boga cz 3

Mów do Niego


Kilka tygodni temu odwiedziłem klasztor trapistów. Przyjął mnie jeden z ojców i długimi, jasnymi korytarzami, ubogimi i pełnymi ciszy zaprowadził mnie do przeora. Wszedłem do pomieszczenia o ścianach pobielonych, bez ozdób, bez obrazów, gdzie oczekiwał mnie człowiek milczenia i pogody ducha. Jego oblicze jest zarazem szorstkie i pełne słodyczy, słodyczy nieodczuwalnej, całkowicie duchowej, która łagodzi jego surowo wyżłobioną twarz ascety. W jego spojrzeniu prostota dziecka łączy się z mądrością starca. Nasza rozmowa pełna była wzajemnego zaufania. Doszło nawet do tego, że ojciec przeor opowiedział mi o tym odległym już dniu, który zadecydował o kierunku jego życia.

Jako młody chłopiec uczęszczał do parafialnego ośrodka młodzieżowego. Pewnego zimowego czwartku, pod koniec popołudnia wypełnionego zabawą, wikary mówił o modlitwie do najstarszych chłopców zgromadzonych w kaplicy. Gdy wszyscy już wyszli, nasz chłopiec został pod pozorem, że pomoże wikaremu w porządkach. W rzeczywistości zaś chciał go o coś zapytać, ale zupełnie nie wiedział, jak to zrobić. Wreszcie zamiatając salę – to mniej krępuje niż oficjalna rozmowa – powiedział: „Ksiądz powtarza nam stale, że trzeba się modlić, ale ksiądz nas nie uczy, jak to robić. – To prawda. Chcesz nauczyć się modlić? A więc, Franciszku, idź do kaplicy i mów do Niego. Tego samego wieczoru poszedłem do kaplicy – mówił dalej sędziwy mnich – musiałem tam być bardzo długo, bo pamiętam, że wróciłem do domu późno i dostałem burę. Po raz pierwszy modliłem się. I wydaje mi się, że od tej pory nigdy nie przestałem mówić do Niego”.

Skończywszy swoje wyznanie ojciec przeor zamilkł. Po pewnym załamaniu głosu wyczułem, że nie bez wzruszenia przywołał to dawne wspomnienie, pierwsze ogniwo długiej zażyłości z Bogiem. Milczenie przedłużało się. Nie miałem odwagi go przerywać: byłem pewny, że przeor mówił do Niego. Z pewnością dziękował Mu, że mając piętnaście lat spotkał księdza, który skierował go na drogę modlitwy.

Rada wikarego tylko pozornie wydaje się banalna. W gruncie rzeczy ten, kto młodzieńcowi pragnącemu nauczyć się modlitwy zamiast długich wywodów wolał odpowiedzieć krótko: „Mów do Niego”, musiał być człowiekiem doświadczonym w modlitwie. Nie rozmawia się z jakimś cieniem. Chcąc rozmawiać z Bogiem, trzeba mieć świadomość Jego obecności. Aby wiedzieć, co do Niego mówić, potrzeba wiary już obudzonej i czynnej. Konieczność zaś sformułowania sprawia, ze nie możemy zadowolić się nieokreślonymi uczuciami i zmusza nas do wyrażenia myśli, pragnień, dokładnych uczuć. Rzeczywiście, wielkie korzyści wypływają z takiej metody –jeśli w ogóle tę prostą radę można nazwać metodą.

Wielu chrześcijan podczas modlitwy daje się unosić nieokreślonym marzeniom; zasypiają w słodkim rozczuleniu pełnym pobożnych wzruszeń i nigdy nie potrafią się skupić, umysł ich bowiem jest niezdolny do koncentracji. Jaka szkoda, że nie usłyszeli rady młodego wikarego i nie poszli za nią. A może odrzuciliby ją albo przez pychę, albo przez lenistwo duchowe, bądź dlatego, że wydaje im się, iż potrafią się modlić, bądź dlatego, że mają wstręt do wysiłku.

Wydaje mi się, że opowieść o mojej wizycie u trapistów jest najlepszą odpowiedzią na twój ostatni list. Ty także pragniesz nauczyć się modlić; posłuchaj więc rady paryskiego wikarego i wprowadź ją w życie.

Nadejdzie dzień, gdy twoja modlitwa nie będzie już szukała słów już szukała słów, gdy – że ośmielę się tak wyrazić – zdobędziesz tę umiejętność. Wyrażając się dokładniej – gdy łaska dokona w tobie swego dzieła. Lecz nie przeskakuj etapów i na razie – mów do Niego.

27/9/2005 Henri Caffarel - W obliczu Boga cz 2

W domu Pana


Stefan i Sylwia, bezdzietne małżeństwo, oboje lekarze, odwiedzili mnie przed swym wyjazdem do dalekiej dżungli, gdzie razem z dwoma misjonarzami mają poświęcić się zupełnie nowej społeczności chrześcijańskiej. Wiedzą, że to będzie trudne, wytrwać, trzeba będzie dużo się modlić. Dlatego prosili mnie, żebym po raz ostatni powiedział im coś na temat modlitwy, abym im udzielił jakiejś zasadniczej rady. Odchodząc nalegali, żebym napisał dla nich to, co im powiedziałem.

Drodzy przyjaciele, w ciągu wieków drogi i ścieżki Judei widziały kilka razy w roku nie kończące się procesje mężczyzn, kobiet i dzieci udających się do Jerozolimy. Zbocza gór judzkich są strome, miejsc cienistych niewiele, słońce pali mocno. Nic jednak nie było w stanie powstrzymać tych pobożnych Żydów od udania się na górę świętą. Znamy uczucia, które ich wiodły i podtrzymywały ich odwagę: echo ich znajdujemy w licznych psalmach, które śpiewali w drodze, a które były ich pieśnią pielgrzymów.

.„Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni do przedsieni Pańskich. Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego…
Zaiste jeden dzień w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące; wolę stać w progu domu mojego Boga, niż mieszkać w namiotach grzeszników”
(Ps 84).

„Uradowałem się, gdy mi powiedziano: «Pójdziemy do domu Pańskiego»” (Ps 122,1).

Po powrocie do domu – czy byli w mieszkaniu, czy też na polu – w godzinie modlitwy zwracali się w stronę Jerozolimy, aby chwalić Wszechmocnego. Ta wielka, namiętna miłość do stolicy, to oddanie dla Świątyni, ta wierność w ciągu wieków mają tylko jedno wytłumaczenie: Jerozolima była bardziej Miastem Pana niż stolicą królestwa, a Świątynia –miejscem Jego przebywania, miejscem, gdzie z pewnością można Go zawsze zastać.

Znaleźć Boga, spotkać Go, to najgłębsze pragnienie każdej istoty religijnej; ono to kazało wyruszać stale w drogę tłumom wierzących, wszystkim tym szukającym Boga, których żarliwość ukazują nam psalmy.

Przyszedł Chrystus. Okazał swą miłość do Jerozolimy, szacunek dla domu Ojca, ale jednocześnie oświadczył, że świątynia Salomona straciła swoje znaczenie, że musi przestać istnieć. W chwili Jego śmierci na krzyżu zasłona oddzielająca miejsce Święte od Świętego Świętych w Świątyni rozdarła się jakby na znak, że rola Świątyni została zakończona. Świątynię Salomona zastąpi nowa świątynia, niezniszczalna, „odbudowana w ciągu trzech dni”, Świątynia Jego Ciała, Jego Ciała Mistycznego. Odtąd tam, i tylko tam, ludzie mogą znaleźć Boga.

Lecz ten, kto wszedł do tej świątyni, sam z kolei staje się świątynią Boga. Jezus zapewnił nas o tym: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać” (J 14,23).

Zdumiewające objawienie: Bóg miałby opuścić świątynię Salomona, aby zamieszkać w duszach swych wiernych? – Tak, św. Paweł mówi to wyraźnie: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga?” (l Kor 3, 16); „Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego” (2 Kor 6, 16).

Tak więc Bóg jest w nas, w najgłębszym wnętrzu naszej istoty. Obecny, żywy, kochający, czynny. Tam nas wzywa. Oczekuje nas właśnie tam, abyśmy się z Nim zjednoczyli.

Bóg tam jest, lecz nas tam nie ma. Nasze życie upływa na zewnątrz nas samych, lub przynajmniej na peryferiach naszej istoty, w sferze uczuć, emocji, wyobraźni, dyskusji… na tym hałaśliwym przedmieściu duszy. A jeśli zdarzy się, że pomyślimy o Bogu, że pragniemy Go spotkać, to wychodzimy poza siebie, szukamy Go na zewnątrz, podczas gdy On jest w naszym wnętrzu. Nie znamy ścieżek naszej duszy, które doprowadziłyby do głębokiego i pełnego światła ukrycia, w którym Bóg przebywa. A jeśli nawet je znamy, to brak nam tej odwagi, która pełnym żarliwości Żydom kazała wychodzić na drogi wiodące do ich świętego miasta. Czyż wejście do najgłębszego wnętrza nas samych byłoby przedsięwzięciem trudniejszym niż droga do Jerozolimy?

Modlić się to znaczy opuścić „hałaśliwe przedmieście” naszej istoty, o którym mówiłem, skupić się, zebrać wszystkie władze i zanurzyć się w ciemną noc prowadzącą do głębi naszej duszy. Tam, na progu sanktuarium, nie pozostaje nic innego, jak tylko milczeć i być uważnym. Tu nie chodzi o doznania duchowe, o przeżycia wewnętrzne, chodzi o wiarę: o wiarę w Obecność. Jest to uwielbienie w milczeniu żywej Trójcy, oddanie Jej siebie i otwarcie się dla Niej, przylgnięcie, łączenie się z Jej odwiecznym Aktem.

Powoli, z roku na rok, nasza dusza, uszlachetniona przez łaskę, będzie coraz bardziej podatna na „tchnienie Boże” w nas, na Ducha miłości. Stopowo będziemy przebóstwiani, a nasze życie zewnętrzne stanie się objawieniem (epifanią) naszego życia wewnętrznego. Będzie ono święte, ponieważ w głębi naszej istoty będziemy ściśle związani z Bogiem, stanie się płodne i popłyną z niego strumienie wody żywej, ponieważ będziemy wszczepieni w samo źródło Życia.

Drodzy przyjaciele, oto rada zasadnicza, jakiej domagaliście się. Oby w dalekiej dżungli mogła kierować waszą modlitwą. Streszczę ją w kilku słowach: modlić się to udać się na pielgrzymkę do wewnętrznego sanktuarium, aby tam uwielbiać Boga prawdziwego.

A jeśli chcecie, aby całe wasze życie stało się jedną długą modlitwą, życiem w obecności Boga, życiem z Bogiem, jeśli chcecie stać się oddanymi modlitwie, starajcie się w ciągu dnia często „wchodzić” w siebie, aby uwielbiać Boga, który nas oczekuje. Nie potrzeba na to długiego czasu: zanurzycie się na jedną chwilę i powrócicie do swych obowiązków, do rozmów, lecz odmłodzeni, odświeżeni, odnowieni.

Pewien pełen pokory brat zakonny, karmelita żyjący w XVII w., Wawrzyniec od Zmartwychwstania, lubił powtarzać tym, którzy pytali go o radę, że najlepszą drogą do życia nieustającej modlitwy, a więc i do wysokiej świętości, jest pozostawanie wiernym powyższej praktyce. Posłuchajcie go: „Podczas pracy i innych zajęć, nawet podczas czytania i pisania, choć dotyczą one spraw duchowych, a nawet więcej: w czasie naszych ćwiczeń pobożnych i modlitw ustnych musimy na chwilę zatrzymać się, aby uwielbić Boga w głębi naszego serca i odczuć Jego obecność choć przelotnie i jakby ukradkiem’

"Panie, miłuję, dom, w którym mieszkasz, i miejsce, gdzie przebywa Twoja chwała” (Ps 25, 8). Recytując ten psalm Żydzi myśleli o Świątyni Jerozolimskiej; chrześcijanin natomiast ma na myśli swą własną duszę obmytą chrztem.

*****


Chciałbym tu dołączyć swoją uwagę. Ja doradzałbym by w pracy zająć się pracą z całym oddaniem. W sprawach doczesnych trzeba zająć się z całym oddaniem. Ale!!! Konieczny jest czas w ciągu doby dłuższej modlitwy. 30 min, a najlepiej godzinę! wtedy z całym oddaniem należy podróżować do świątyni Ducha św. Zanurzyć się w Panu pomimo rozproszeń, grzechów i ludzkiej nędzy. Trwać przy Panu, kochając Go. A On wie co się w nas dzieje i ceni sobie bardzo to nasze trwanie przy Nim. - O. Barnaba

26/9/2005 Henri Caffarel - W obliczu Boga. 100 listów o modlitwie

20 lat temu, było to w zimie byłem w szpitalu, pierwszy i ostatni raz jak do tej pory. Mając sporo kontaktów nagle w jednym momencie leżąc na szpitalnym łóżku poczułem się ogromnie osamotniony. Długie wieczory…długie poranki…długa noc…Było mi ciężko. Jakoś się modliłem, próbowałem się modlić. Któregoś razu przyszły do mnie dwie koleżanki. Jedna z nich podarowała mi książkę Henri Caffarela „W obliczu Boga. 100 listów o modlitwie”. Kiedy poszły zacząłem ją przeglądać. Przeczytałem pierwszy rozdział, który przytaczam poniżej. Sprawił on, że wstałem i poszedłem do kaplicy. Tam w kaplicy Pan dał mi odczuć jak bardzo jest ze mną. To było jakieś dotknięcie Bożą łaską, jakby to powiedział św. Ignacy, pocieszenie duchowe. Książka ta przez następne lata stała się dla mnie podręcznikiem do modlitwy. W najbliższych dniach będę ją tu umieszczał.

Jesteś oczekiwany


Kiedy przybywamy do nieznanego miasta, w którym nikt nie czeka (w porcie, na dworcu, na lotnisku), ogarnia nas uczucie przygnębienia. Gdy natomiast wita nas czyjeś rozradowane oblicze i ktoś wyciąga do nas ręce, czujemy się natychmiast pokrzepieni, uwolnieni od okrutnego uczucia zabłąkania, zagubienia. Cóż nam wówczas przeszkadzają obce obyczaje, obcy język, całe to wielkie miasto, które wprawia w zakłopotanie; z chwilą gdy choć dla jednej osoby jesteśmy bliscy, bardzo dobrze znosimy fakt, że dla wszystkich innych jesteśmy obcy.

Ileż radości sprawia nam odkrycie, że nas oczekiwano. Rodzice i dzieci nie muszą dużo mówić, abyśmy ich zrozumieli: sposób powitania, pewien rodzaj podniecenia wystarczy. Kilka kwiatków w pokoju, ulubiona książka (znają nasze upodobania) potwierdzają to oczekiwanie.

Chciałbym, drogi przyjacielu, abyś zaczynając modlitwę miał zawsze to głębokie przekonanie, że jesteś oczekiwany: oczekiwany przez Ojca, przez Syna i przez Ducha Świętego; oczekiwany w rodzinie, jaką jest Trójca Święta. Miejsce twoje jest tam przygotowane; przypomnij sobie, co Chrystus powiedział: ,Idę… przygotować wam miejsce” (J 14,2). Powiesz mi pewnie, że Chrystus mówi o niebie. To prawda. Ale modlitwa, a przynajmniej to, co stanowi jej istotę – obecność Boga, miłość Boga, powitanie przez Boga swego dziecka – to właśnie niebo.

Pan zawsze nas oczekuje.

Więcej, nawet zaledwie zrobimy parę kroków, On wychodzi na nasze spotkanie. Przypomnij sobie słowa przypowieści: „A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go” (Łk 15,20). A przecież ten syn ciężko obraził swego ojca. To jednak nie przeszkadzało, że był oczekiwany, i to niecierpliwie.

23/9/2005 Modlitwa wewnętrznego skupienia - W. Stinissen cz 5

To już ostatnia część Wilfrida Stinissena pochodząca z książki pt: "Droga modlitwy wewnętrznej" wydanej przez wydawnictwo M. Ogólnie rzecz biorąc polecam książki tego autora. Uważam, że jest dobrym pisarzem duchowym. Wie co pisze.

Modlitwa wewnętrznego skupienia


Określenie pochodzi od św. Teresy od Jezusa. W tej modlitwie odchodzi się od czytania i zamyka oczy. Może się to wydać niepotrzebnym szczegółem, ale ma on swoje znaczenie i temu św. Teresa poświęca również swoją uwagę: „…do twierdzy wnętrza swego ściąga zmysły swoje i z taką siłą odgradza je od rzeczy zewnętrznych, że oczy mimo woli się zamykają, aby nie patrzyły na nie, a tym jaśniejszy wzrok miały na oglądanie tego, czego zmysły nie widzą. Najczęściej też, kto idzie tą drogą, modląc się, trzyma oczy zamknięte. Jest to zwyczaj doskonały i dziwnie pożyteczny. Z początku wprawdzie potrzeba duszy zadawać gwałt, aby nie patrzyła na rzeczy ziemskie; ale prędko do tego nawyka, po czym już raczej otworzenie oczu więcej ją kosztuje i większego wymaga przezwyciężenia siebie” (DD 28,6).

W modlitwie wewnętrznego skupienia wszystkie władze duszy skupiają się, by wejść w jej głębię. Św. Teresa kreśli bardzo sugestywny obraz: „posłuszne jak pszczoły co do ula się garną, by wyrabiać miód” (tamże 7). Tam, w swej głębi wyobrazisz sobie Jezusa w jakimś określonym zdarzeniu z Jego życia, np. kiedy był biczowany albo przy ostatniej wieczerzy, albo można sobie wyobrazić, że tak jak Nikodem prowadzisz wewnętrzną, miłosną rozmowę z Jezusem w środku nocy. I gdy skupisz się, i z Nim rozmawiasz, mówisz Mu wszystko, co przepełnia twoje serce i co spontanicznie przychodzi ci na usta. Wyrażasz miłość, dziękujesz za Jego przyjaźń, prosisz Go o wierność i oddanie w miłości… I słuchasz. To nie znaczy, że mówi On wyraźnie, słyszalnymi słowami — Jego nieograniczona miłość jest „muzyką milczenia” (św. Jan od Krzyża, PD, strofa 15), którą coraz bardziej w siebie przyjmujesz, chłoniesz ją i znajdujesz w tym coraz większą radość. Człowiek staje się też coraz bardziej świadom nieskończonej miłości Boga do niego, świadom, że zesłał On swego Syna, aby okazać człowiekowi swoją miłość.

Niektórzy ludzie, mający bujną fantazję, może większą pomoc mogą odnaleźć w tym, że powoli i z długimi przerwami będą modlić się ustnie. Np. odmawiając Ojcze nasz: razem z Jezusem można wypowiadać różne modlitwy i wraz z Nim kierować je do Ojca równocześnie spokojnie pozwalając, by przeniknęły serce. Kiedy przez chwilę albo nawet przez dłuższy czas było się daleko myślami, to znów przychodzi się do siebie można na nowo podejmować formułę modlitewną, przez co duch i serce znów mogą wejść w skupienie. Korzystanie ze znanych modlitw ustnych ma poza tym tę zaletę, że te stare i utarte modlitwy nagle łatwo mogą stanąć przed nami w nowym świetle i odsłonie swoje bogactwo, którego nigdy się nawet nie podejrzewało.

Ten nawyk prostej rozmowy z Jezusem jest nader owocny i szybko wprowadza nas na drogę modlitwy kontemplacyjnej. Św. Teresa z Avila mówi o tym bardzo stanowczo: „Ten sposób modlitwy, choć ustny, nierównie prędzej niż inne doprowadza umysł do skupienia się i łącząc z sobą zarazem modlitwę myślną, niezliczone ze sobą niesie korzyści. Nazywa się ten sposób modlitwą skupienia, dlatego że dusza skupia tu wszystkie władze swoje i wchodzi w siebie razem z Bogiem swoim i Boski Mistrz zaczyna ją nauczać i przysposabiać do modlitwy odpocznienia prędzej, niż jakimkolwiek innym sposobem” (DD 28,4).

W rozmowie tej szczególne znaczenie ma to, by wejść w nią w sposób niewymuszony, naturalny i prosty. To dotyczy zresztą wszelkiej rozmowy. Pierwszą i podstawową zasadą sztuki porozumiewania się jest to, by nie być sztucznym. I tutaj aktualne są słowa: Jeżeli nie staniecie się jak dzieci…

Jeżeli przez jakiś czas podejmowało się tę prostą modlitwę afektywną, to można dostrzec, jak ona z każdym dniem jeszcze bardziej się upraszcza. Kiedy z początku dbało się o to, by mówić z Jezusem o wielu sprawach w obawie, aby modlitwa nie stała się bezcelowa, teraz stopniowo nabiera ona większej prostoty. Niektóre zagadnienia wciąż na nowo się pojawiają, niektóre modlitwy ustne nadal powracają, ale wiele odpada samoistnie. Pauzy stają się coraz częstsze i dłuższe, człowiek jest coraz bardziej zasłuchany i to, co odbiera w trakcie tego zasłuchania jest coraz bardziej tym samym: Jezus mnie kocha. Jezus i dusza są jak para zakochanych, którzy przy pierwszym poznaniu czują potrzebę wyrażenia siebie w wielu słowach, rozmowy na temat każdego wydarzenia dnia, mówienia o codziennych sprawach i kłopotach. Ale po jakimś czasie, gdy się już wypowiedzą, czują, że te sprawy są nazbyt codzienne i banalne. Pragną dojść do samego źródła. Pozostaje jeszcze tylko jedna sprawa, jeszcze jedno cudowne doświadczenie, o którym warto mówić: o tym, że się kochamy. A miłość wciąż jest ta sama i również ciągle nowa. I tak też musi być, ponieważ Bóg jest Miłością.

To wzrastanie ku coraz większej prostocie nie dotyczy tylko życia modlitwy, ale całego życia duchowego. Z czasem dochodzi się do tego, że na czytanie duchowe wyszukuje się coraz to mniej książek, wystarcza już zaledwie kilka, po które sięga się często i do nich wraca, aż w końcu pozostaje tylko jedna: księga Boga samego, Pismo Święte. Przebywanie w Bożej obecności, które z początku było jakimś „ćwiczeniem” powoli zmienia swój charakter: człowiek zaczyna żyć w Bogu tak, jak oddycha powietrzem. Przekreślanie siebie i formy tego wyrzeczenia, które człowiek z początku czuł się w obowiązku podejmować przy pomocy swego duchowego kierownika, stają się coraz bardziej rzeczą względną i zaczyna się na nie patrzeć w zupełnie innym świetle. Poszczególne formy wyrzeczenia tracą wiele ze swego sensu, równocześnie to zapominanie o sobie ma tendencję do rozciągania się na cale życie: nie chodzi już o tę czy tamtą formę zapomnienia o sobie, ale o całe życie w wyrzeczeniu się siebie. Już się nie zabiega o poszczególne formy wyrzeczenia, ale przeciwnie — one same w ciągu dnia dają o sobie znać i trzeba je wiernie przyjmować kierując się natchnieniami Ducha Świętego. To samo dotyczy rachunku sumienia, podejmowania decyzji i innych spraw, do których odmiany się dąży. Można z całą pewnością stwierdzić, że to uproszczenie jest prawdziwą próbą postępu człowieka w życiu modlitwy i przez to w całym życiu duchowym.

Można odnieść wrażenie, że to ciągłe upraszczanie modlitwy afektywnej, jak to zostało opisane, samorzutnie przechodzi w modlitwę odpocznienia, ale tak nie jest. Nie istnieje żadna ciągłość: od modlitwy afektywnej, którą się ćwiczy, do modlitwy odpocznienia. Modlitwa odpocznienia, czyli pierwszy etap modlitwy po przejściu progu mistyki, znajduje się na innym poziomie, głębszym niż modlitwa afektywna. Aby osiągnąć ten stopień, trzeba przeżyć bardzo bolesną fazę przejściową.

23/9/2005 jeszcze na temat czytania duchowego - W. Stinissen cz 4

Czytanie modlitewne


Początkujący na drodze modlitwy wewnętrznej zapewne postąpią najlepiej, kiedy, jak św. Teresa, sięgną po pomoc, jaką jest książka. Przy wolnym czytaniu, często przerywanym chwilową pauzą, mogą znaleźć pomoc, gdy wyobraźnia ciągle gdzieś błądzi. Z początku to właśnie wyobraźnia odciąga człowieka od Boga. Również wola i zmysły, które są całkowicie zorientowane na zewnątrz, idą własnymi drogami i jest to naturalne, ponieważ człowiek jest jeszcze tysięcznymi więzami głęboko zakotwiczony w rzeczach i w sobie samym. Czytanie ma wciąż od nowa skierowywać uwagę na Boga. W trakcie pauz — a te powinny być coraz to liczniejsze i dłuższe — powinno się z miłością mówić z Jezusem o tym, co się czyta. „Z Jezusem , który jest ,Bogiem z nami”, konkretnym obliczem Boga, z Nim, który w swojej ludzkiej postaci i namacalnej bliskości w Eucharystii mówi do nas bardziej bezpośrednio niż może to uczynić „Bóg”. Te krótkie rozmowy z Bogiem mogą może początkowo wydawać się nam jakoś nienaturalne i wymuszone, takimi też prawdziwie są. Ale po pewnym czasie zaczną wypływać z serca, równocześnie coraz więcej miejsca odbierając czytaniu. Zasadą będącą przyczyną czytania modlitewnego jest mianowicie to, że czytanie jest środkiem, jest odskocznią do rozmowy z Jezusem. Stąd im szybciej porzuci się środek, tym większy postęp poczyni się w modlitwie.

Kto codziennie poświęca dłuższe chwile na modlitwę tego rodzaju, ten w krótkim czasie doświadczy, że Jezus, który wpierw był mglistą i abstrakcyjną postacią, staje się coraz bardziej żywą osobą, przyjacielem. Obcowanie z Nim nie jest już tak sztuczne, jak było na początku, staje się ono coraz bardziej podobne do stosunku przyjaźni, jaki może łączyć z drugim człowiekiem.

Może nadszedł moment, aby przejść do prostszej formy modlitwy.

23/9/2005 AA - cz 3

24. Ty wiosłuj, ale ster oddaj Bogu.

25. Twój umysł to podejrzana okolica – lepiej nie zapuszczaj się tam samotnie.

26. Na dziesięciu ludzi dziesięciu umiera – nie traktuj więc życia z przesadną powagą.

27. Alkoholika, który nie przestał pić, czeka jedna z trzech możliwości: idzie do pudla, do czubków lub do piachu.

28. Gdy mam parę groszy więcej niż potrzebuję, jestem bogaty. Zanim przestałem pić, zawsze mi paru groszy brakowało.

29. Twoje czyny mają tak głośną wymowę, że nie słyszę, co mówisz.

30. Wczoraj umknęło z zasięgu mego wzroku; jutra wciąż jeszcze nie widzę; uważnie przyjrzę się więc temu, co mam przed oczyma: chwili obecnej.

31. Ciągle wracaj.

32. Żyj tak, jakby to był ostatni dzień twojego życia.

33. Najmilszą dodatkową korzyścią płynącą z przynależności do AA jest to, że już nigdy nie musisz być sam.

34. Codziennie zafunduj sobie jakiś mały sukces.

35. Na dziesięciu alkoholików tylko jeden schodzi z tego świata trzeźwy. Mimo wszystko stań na głowie, by mm zostać.

36. Ponoszę odpowiedzialność.

37. Tylko dzięki łasce Boga…

38. Mów z sensem albo zabawnie, albo nie mów wcale.

21/9/2005 Wyrzeczenie się siebie - w. Stinissen cz 3

Wyrzeczenie się siebie


Życie modlitwy to nic innego jak nieustanny wzrost ludzkiej istoty, jak nowe, dynamiczne życie w Jezusie, które stopniowo wypiera dotychczasowe: On ma wzrastać, a ja się umniejszać (J 3,30). Nastaną dni, tak, długie okresy, kiedy z bólem doświadczać się będzie, że własne życie przeszkadza wzrastać Jezusowi i pomimo tęsknoty i starań ze swej strony, człowiek wciąż kręci się wokół siebie. W zasadzie „stary człowiek” umiera w momencie chrztu, ale ta zasadnicza śmierć musi się stać egzystencjalną rzeczywistością. Chrzest zasiewa ziarno wiary w duszę i to ziarno musi wzrosnąć i przepełnić całego człowieka. Można powiedzieć, że modlitwa jest najmocniejszym i najskuteczniejszym środkiem zagubienia się w Bogu. Jednak równocześnie trzeba dodać, że prawdziwa, czysta modlitwa objawia się z chwilą, kiedy umiera „dawny człowiek”. Nie możemy być otwarci na Boga, jeżeli jesteśmy całkiem pochłonięci sobą i różnymi przedmiotami. W momencie, kiedy umrze w nas egoizm, przyjdzie Jezus, by wypełnić tę przestrzeń, którą dotychczas zajmował egoizm. Jezus sprawia to w taki sposób i z taką siłą, że znów jesteśmy zmuszeni przygotować dla Niego jeszcze więcej miejsca. Prowokuje nas do coraz większego zapominania o sobie, aż w końcu tylko On sam pozostaje, a my w całej prawdzie możemy mówić: „Tylko Tyś jest Panem, tylko Tyś Najwyższy.”

Dotychczas ukazaliśmy najgłębsze podstawy wyrzeczenia się siebie. Należałoby podać cały szereg różnych powodów tego wyrzeczenia. Dominującym motywem jest m.in. to, że modlitwa musi rozkwitnąć mistyką. To właśnie tam powinniśmy szukać przyczyny, dla której mistycy posuwają się aż tak daleko w wyrzeczeniu się siebie. Chcą nas uwolnić od nas samych i rzeczy, byśmy mogli osiągnąć cel: pełne przeobrażenie człowieka w Bogu, ponieważ człowiek przemieniony pozwala się bezwarunkowo prowadzić Duchowi Świętemu. Dopóki człowiek wciąż jeszcze pozwala kierować się własnymi skłonnościami, dopóty (również w mało znaczących sprawach) szuka siebie samego, to zjednoczenie z Bogiem jest wykluczone. „Bo wszystko jedno — pisze sw. Jan od Krzyża — czy ptak będzie uwiązany tylko cienką nitką czy grubą, bo jedna i druga go krępuje; dopóki nie zerwie jednej czy drugiej, nie będzie mógł wzlecieć swobodny. Wprawdzie cieńszą nić łatwiej jest zerwać, lecz choćby było łatwo, dopóki jej nie zerwie, nie wzleci” (DGK 1,11,4). To wyrzeczenie się siebie i ogołocenie nie jest w rzeczywistości niczym innym jak odwrotną stroną miłości: człowiek zwraca się ku Bogu i automatycznie odwraca się od siebie i od stworzenia. „Bo kochać Boga — według św. Jana od Krzyża — to starać się dla Jego Miłości wyrzec się i ogołocić ze wszystkiego co nie jest Bogiem” (tamże 11,5,7). Jeszcze wyraźniej mówi o tym św. Teresa od Jezusa: „Bo nie o to chodzi, by oddalić się ciałem, ale o to, by dusza stanowczo i całkowicie zespoliła się z Jezusem, najsłodszym Panem naszym, w którym znalazłszy wszystko, zapomni o wszystkim” (DD 9,5).

Z powyższego wynika, że najważniejszą i najskuteczniejszą formą wyrzeczenia się siebie jest forma wewnętrzna. Najlepszym sposobem, by zapomnieć o sobie, jest myślenie o Drugim, o Umiłowanym, w pierwszym rzędzie musi to być wyrzeczenie w myślach, pamięci i wyobraźni. Jak wiele niepotrzebnych spraw zaprząta nasz umysł w ciągu dnia i jak dużo cennego czasu tracimy na niepotrzebne myśli! To jest najistotniejszym wyrzeczeniem: za każdym razem, kiedy uświadamiamy sobie jak nasza wyobraźnia buduje zamki na lodzie albo nasza pamięć przywołuje niepotrzebne sprawy i rzeczy, wtedy natychmiast (może przy pomocy aktów strzelistych) trzeba odbudować więź z Bogiem. I to nie tylko jedynie w czasie modlitwy, ale w trakcie jedzenia, mycia się, kiedy idziesz, czekasz na autobus albo kiedy się budzisz w nocy. Pierwszym wyrzeczeniem jest ćwiczenie się w tym, by przebywać w Bożej obecności. Nie chodzi o to, że życie w Bożej obecności ma być w pierwszym rzędzie wyrzeczeniem, ale ponieważ człowiek w jakimś stopniu jest egocentryczny, to często, szczególnie w początkowym okresie życia duchowego, wielkim wyrzeczeniem będzie dla niego sam powrót do Boga.

Istnieje też zewnętrzne wyrzeczenie, przekreślenie siebie i ono również jest konieczne. Św. Jan od Krzyża jest w tym wypadku bezwzględny. Mówi m.in.:
„Usiłuj zawsze skłaniać się: nie ku temu, co łatwiejsze, lecz ku temu, co trudniejsze;
nie do tego, co przyjemniejsze, lecz do tego, co nieprzyjemne;
nie do tego, co smakowitsze, lecz do tego, co niesmaczne;
nie do tego, co daje spoczynek, lecz do tego, co wymaga trudu;
nie do tego, co daje pociechę, lecz do tego, co nie jest pociechą;
nie do tego, co większe, lecz do tego, co mniejsze;
nie do tego, co wzniosłe i cenne, lecz do tego, co niskie i wzgardzone;
nie do tego, aby pragnąć czegoś, lecz do tego, by nie pragnąć niczego,
nie szukając tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych, ale tego, co gorsze.
Pragnij z miłości dla Chrystusa dojść do zupełnego ogołocenia, ubóstwa i oderwania się od wszystkiego, co jest na świecie” (DGK 1,13,6).

Jak mamy to rozumieć? Przede wszystkim jest pewne, że św. Jan od Krzyża nie żąda abyśmy zawsze robili to, co najtrudniejsze. On chce tylko nadać kierunek: musimy tęsknić i zawsze być gotowi, by z miłości do Pana przekreślić siebie. Aby właściwie to zrozumieć, musimy przeczytać, co mówi nieco dalej: „Wysiłki te trzeba podejmować całym sercem i z całą uległością woli. Bo jeśli szczerze przystąpi się do nich spełniając je starannie i roztropnie, wkrótce znajdzie się w nich wielką rozkosz i pociechę (tamże 7).

Ta ostatnia wzmianka jest wielkiej wagi, ponieważ bez tego uściślenia można by dojść do zupełnie błędnych wniosków. Słowa te powinno się rozumieć następująco:

STARANNIE (ordenada): musi istnieć pewna staranność i ukierunkowanie w tej ascezie, tzn. musi być ona skierowana na miłość. Ma się przyczyniać do wzrostu miłości, przydawać nam odwagi, skłaniać do gotowości ciągłego postępu na drodze miłości. Asceza, która by nas przytłaczała, wywoływałaby ociężałość i zniechęcenie, nie byłaby uporządkowaną ascezą.

- ROZTROPNIE (discretamente): właśnie kiedy asceza jest uporządkowana, wtedy konieczna jest roztropność. Znaczy to, że wybieramy najodpowiedniejsze środki dojścia do celu. Ta roztropność jest zalecana także karmelitom w ich regule, która kończy się słowami: „Trzeba być roztropnym (discretió), bo jest to korona wszelkich cnót”. Trzeba więc dokonać wyboru pomiędzy formami wyrzeczenia i pozwolić się prowadzić takim stopniem miłości, który już się osiągnęło. Kto mało miłuje, ten też mało może ofiarować, kto bardzo kocha, ten też wiele ofiarować może. Doświadczenie uczy, że im większa jest miłość, tym większa też zdolność do ofiary. Trzeba też pozwolić się prowadzić przez same korzyści, jakie poszczególne formy wyrzeczenia w sobie zawierają. Niektóre z tych form są w efekcie bardziej oczyszczające niż inne; stąd bardziej owocne jest przyjąć z pokorą i w milczeniu niesłuszną uwagę niż samemu wybierać formę wyrzeczenia. W sumie sens wyrzeczenia zawiera się w słowach Jezusa: Jeżeli ziarno wpadłszy w ziemią nie obumrze, zostanie tylko samo, a jeżeli obumrze przynosi plon obfity (J 12, 24)

21/9/2005 Żyć w obecności Bożej - Wilfrid Stinissen cz 2

Żyć w obecności Bożej



Żyć w obecności Bożej to właściwie nic innego jak pozwolić, aby modlitwa trwała poza określonym czasem na nią przeznaczonym i rozciągała się na cały dzień. Jeżeli człowiek przywykł do modlitwy wewnętrznej, to przychodzi ona spontanicznie i dosłownie mówiąc nie ma tu już więcej mowy o jakimś ćwiczeniu. W początkach życia duchowego trzeba ćwiczyć w sobie świadomość Bożej obecności. W Karmelu zawsze kładziono duży nacisk na „trwanie w Bożej obecności”. Karmelita zawsze chętnie przytacza słowa proroka Eliasza: Żywię Pan, Bóg Izraelitów, przed którego oblicznością stoję (l Krl 17,1 wg Wulgaty). Słowa te są ideałem zakonu karmelitańskiego. W okresie nowicjatu podkreśla się znaczenie tego ćwiczenia i to nie tylko teoretycznie, ale praktycznie. W nowicjacie więc zadaniem „dzwonnika” jest raz po raz dawać krótki sygnał dzwonkiem, by przypominał on współbraciom o obecności Pana. Czy to nie jest formalizm? Tak — dla kogoś, kto przyjmuje to w sposób tylko formalny. Poza tym przy pomocy równie prostych środków, pod warunkiem, że będą one nieustannie ponawiane, można w stosunkowo krótkim czasie tak przywyknąć do obecności Pana, że — jak powie św. Teresa od Jezusa — „już nie można się Go pozbyć”. W „Drodze doskonałości” pisze takie oto pocieszające słowa: „Ale jak każda rzecz na tym świecie, szczęścia tego nie nabywa się bez trudu. Nie żałujcie siostry, na miłość Boga was proszę, czasu i pracy poświęconych na osiągnięcie tak wielkiego dobra; przy pomocy Bożej w rok jeden, może w pół roku, dojdziecie, upewniam, was, do celu. Patrzcie, jaki to krótki trud w porównaniu z takim ogromnym zyskiem. Będziecie miały w ten sposób założony w sobie mocny fundament pod wielką budowę, którą może Pan w was wznieść zechce, jeśli was znajdzie przygotowane tuż przy boku swoim. Niech nas w boskiej łaskawości swojej broni od tego, byśmy się oddaliły kiedy od obecności Jego, amen” (29,8). Kilka stron wcześniej pisze: „Ale i to wiem, że Pan nie opuszcza nas w tym wewnętrznym opuszczeniu i jeśli jeno z pokorą do Niego się garniemy, nie zostawi nas samych, przyjdzie i towarzystwem swoim nas pocieszy. Nie dojdziemy do tego przez rok, więc dalej starajmy się i pracujmy, by żyć w Jego obecności, dojdziemy później. Nie żałujmy czasu, bo jest On tu dobrze wykorzystany. Któż idzie bowiem za nami? Kto przyzwyczai się do tego i będzie nad tym pracował, pozyska sobie tego najlepszego Mistrza” (26,2).

Kto więc chce przysposobić się do modlitwy, musi podjąć bezwarunkową decyzję, że będzie w ciągu dnia często wznosić swego ducha, a przede wszystkim swoje serce do Boga. Jeżeli będzie się zagłuszało i nieprzemyślanie przyzwalało na to, by myśli i uczucia bezładnie wędrowały gdzie bądź, to doświadczenie pokaże, że modlitwa będzie coraz trudniejsza. To, co się może osiągnęło podczas modlitwy porannej, gubi się w ciągu dnia i przez to zubaża się kolejny czas przeznaczony na modlitwę. Modlitwa nie jest jakąś oazą na bezkresnej pustyni, nie jest żadnym czasem intensywnego kontaktu z Bogiem w ciągu dnia pełnego rozproszeń i trosk. Jeżeli modlitwa byłaby czynnością czysto intelektualną, to takie widzenie sprawy mogłoby być prawidłowe. Ale modlitwa to sprawa serca: ona dotyka miłości, a miłości nie można zamknąć w wyznaczonym czasie. Po godzinie bardzo intensywnego studium można tak się odprężyć, że zapomnieniu ulegnie wszystko, co już się przestudiowało. Nie można przecież powiedzieć: teraz przez godzinę będę kochać Boga, a potem pójdę dalej tak, jakby nic się nie wydarzyło. Miłości nie można wziąć w nawias. Kto tak czyni, ten może być pewien, że nie ma pojęcia czym jest miłość.

„Modlimy się zawsze albo nie modlimy się wcale” można czasami usłyszeć takie słowa, a kryje się w nich sporo prawdy. Stąd oprócz czasu przeznaczonego na modlitwę w dosłownym tego słowa znaczeniu, trzeba żyć w Bożej obecności. Kiedy ktoś jest zakochany, to spontanicznie jego myśli biegną w stronę osoby ukochanej. Jednak istnieje tu pewna różnica. Gdy chodzi o stosunki międzyludzkie, to ukochana osoba często jest nieobecna, dlatego myśli i uczucia kochającej osoby nie dosięgają rzeczywistości, ale zostają zawieszone gdzieś w próżni. Nawet wówczas, kiedy ukochana osoba jest fizycznie blisko, często brakuje kontaktu duchowego albo może on być zakłócony lub przejęty przez coś innego i w ten sposób można powiedzieć, że ktoś jest duchowo nieobecny. Natomiast Bóg jest obecny zawsze i nigdy nie jest rozproszony. Z chwili na chwilę, dzień i noc można wejść z Nim w miłosny kontakt.

Najskuteczniejszym sposobem zachowania świadomości obecności Bożej w ciągu całego dnia są tak zwane wezwania czy akty strzeliste. Opierają się one na bardzo starej tradycji i są zalecane przez wielu świętych. Jednak warunkiem, aby rzeczywiście były pomocne, by trwać w obecności Bożej jest nie kierowanie ich do dalekiego Boga, ale do Tego, który jest bliżej nas niż my sami siebie. To w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy i On jest owym wielkim Oblubieńcem, który słyszy najłagodniejszy szept, który odbiera najsubtelniejsze drgnienie serca. Praktyka aktów strzelistych to oddychanie Bogiem.


Najczęściej praktykowanym przez Ojców Pustyni wezwaniem jest pierwszy werset psalmu 70: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pośpiesz ku ratunkowi memu”. Piękne jest też wezwanie modlitwy Jezusa praktykowane w Kościele ortodoksyjnym: „Panie, Jezu Chryste, ulituj się nade mną.” Oczywiście nie zawsze jest konieczne, by uciekać się do określonych formuł modlitewnych. Możemy również sami spontanicznie wyrażać to, co w nas drga. Jednak czasami ogarnia nas taka pustka, że z radością sięgamy po słowa z liturgii lub te wypowiadane przez przyjaciół Boga, które mogą nam pomóc wyrazić lub przynajmniej wzbudzić miłość do Niego.

Przebywanie w Bożej obecności ma tę zaletę, że nie wymaga żadnej określonej pory. Kiedykolwiek i wszędzie można wznosić swe serce do Boga, skierowywać do Niego swoje słowo albo wprost Nim oddychać.

20/9/2005 Droga modlitwy wewnętrznej - Wilfrid Stinissen

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, mówi Jezus, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? (Łk 14,28) . Rozpocząć życie modlitwy, to wielkie przedsięwzięcie, stąd trzeba wejść w nią z troską i w sposób przemyślany. Modlitwa to nie improwizacja. W „Drodze doskonałości”, która zgodnie z zamiarem św. Teresy od Jezusa ma być traktatem o modlitwie, czytamy: „Prosiłyście właśnie, bym wam powiedziała o modlitwie… Nim jednak zacznę mówić o tym, co należy do życia wewnętrznego, to jest o modlitwie, chcę pierwej dotknąć pewnych rzeczy, których koniecznie przestrzegać powinni wszyscy pragnący oddawać się modlitwie. Są to rzeczy tak potrzebne, że… nie przestrzegając ich, nie podobna, by osoba daleko zaszła na drodze kontemplacji”. Oczywiście nie bez przyczyny te „konieczne rzeczy” zajmują prawie połowę jej książki. Podobnie „Droga na Górę Karmel” św. Jana od Krzyża nie mówi o niczym innym, jak tylko o tym, jak przygotować się do modlitwy i kontemplacji. Spośród wielu spraw, które warunkują modlitwę wewnętrzna, podejmiemy trzy, bo one właśnie wydają się szczególnie ważne:
czytanie duchowe,
przyzwyczajenie się do tego, by trwać w obecności Bożej oraz
wyrzeczenie się siebie.


Czytanie duchowe


Jako ogólną zasadę można przyjąć, że postęp w modlitwie wewnętrznej jest zupełnie niemożliwy bez regularnego czytania duchowego. Kto łudzi się co do tego, ten powoli nabierze mądrości przez doświadczenie. Wystarczy na krótki czas zaniechać czytania duchowego, by zauważyć, jak modlitwa wewnętrzna kurczy się, jak ciągle od nowa koncentrujemy się na sobie i „dawny człowiek” zaczyna zadzierać głowę. Mamy dużą skłonność do tego, by spadać z poziomu, na którym oglądamy stworzenie w Bożym świetle i z perspektywy wieczności. Zadaniem czytania duchowego jest właśnie przywrócenie naszego zorientowania na Boga, to ono ma nas na powrót wznieść do poziomu na którym możemy patrzeć jasnymi oczyma wiary, to ono ma być pomocą, byśmy odeszli od przyziemnych myśli i trosk. Może jednak czytanie duchowe jest nam potrzebne przede wszystkim po to, by dodać nam odwagi. Wielką pokusą na drodze modlitwy jest właśnie utrata odwagi. Życie modlitwy może obierać pogmatwane kierunki, może wydawać się tak beznadziejne, tak pozbawione perspektyw w, tak bezsensowne… Dlatego ci, którzy przed nami przeszli tę drogę mogą nam ofiarować wgląd w Boże drogi, które nas poprowadzą zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy.

Jednak czytania duchowego nie można przeprowadzać gdziekolwiek. Ono nie zmierza do tego, byśmy np. mieli być na bieżąco ze współczesnymi prądami w duchowości. Tego rodzaju czytanie może być pożyteczne dla pewnych tylko ludzi, może być nawet obowiązkiem dla tych, którzy nauczają, ale ono rozgrywa się całkowicie na poziomie intelektualnym, a modlitwa przebiega na poziomie serca. Serce nie może się karmić pokarmem czysto rozumowym.

Czytanie duchowe powinno być lectio divina w takim sensie, w jakim praktykowali je dawni ojcowie i jakie nadal zachowuje tradycja życia zakonnego. Przez lectio divina rozumie się powolne, uważne czytanie, które prowadzi bezpośrednio do modlitwy i właściwie już jest modlitwą. Czytanie wciąż od nowa, na krótko przerywane po to, by móc wsłuchiwać się w głos Ducha Świętego, który wtenczas może przemawiać. W taki sposób św. Teresa od Jezusa czytała książki duchowe. Kiedyś napisała do swego spowiednika: „Pragnę mieć czas na czytanie, bo bardzo je zawsze lubiłam. Czytam jednak bardzo mało, naprzód dlatego, że w chwili, gdy wezmę książkę do ręki, skupiam się w sobie z wewnętrznego zadowolenia i tak czytanie zamienia się w modlitwę” („Sprawozdania duchowe” 1,7).

Dawni ojcowie określają takie czytanie jako meditatio w pierwotnym znaczeniu tego słowa, a mianowicie jako ciągłe wołanie, z cierpliwością powtarzane te same słowa. Kasjan nazywa to volutatio cordis, kołysanie serca, serce, które się wznosi i opada jak okręt rozkołysany na falach Ducha, tak i słowa Boga falują tam i z powrotem w naszym umyśle, byśmy coraz lepiej mogli je sobie przyswoić, w trakcie medytacji wykorzystywano do tego zaskakujący, ale sugestywny obraz: ruminari — „wałkować” słowo. Ten obraz bardzo wiele wyjaśnia: mówi o pokoju, o serdecznej uwadze, cierpliwej pracy.

W tym czytaniu nie chodzi o przyswojenie sobie czegoś nowego. Wprost przeciwnie, tu zawsze chodzi o sprawy znane już od dawna i po wielokroć słyszane. Chodzi o przyswojenie sobie sercem tego, co wcześniej zostało przyjęte przez rozum.

To pojmowanie sercem , o którym też mówi Jezus (Mt 13,15, gdzie Jezus cytuje Iz 6,10), jest o wiele bardziej darem Boga niż zrozumieniem intelektualnym; jest darem, o który musimy prosić „Ojca światłości niebios’ czytanie duchowe zawsze powinna poprzedzać choćby krótka modlitwa, w której prosimy Pana, by otworzył i oświecił nasze zamknięte serca, byśmy mogli słuchać i rozumieć Jego słowa. Słowo Boże nie może zatrzymać się w naszym umyśle, ale powinno wnikać i przenikać nasze serce. Możemy np. wzywać Ducha Świętego albo możemy powtarzać za Samuelem, który wołał do Pana: Mów, bo sługa Twój słucha (l Sm 3,10). Możemy też przywołać gotowość i otwartość Maryi, kiedy wyrzekła słowa: Oto ja, służebnica Pańska.

Modlitwa więc powinna poprzedzać i kończyć czytanie duchowe. Ona powinna być pomostem spinającym dwa modlitewne momenty, ale nie statycznie, lecz dynamicznie z narastającą intensywnością.

Z tego, co zostało powiedziane wynika, że najwłaściwszą książką do czytania duchowego nie jest ta, która pretenduje do miana naukowej, ale taka, która jest pisana sercem. Na pierwszym miejscu stoi oczywiście Pismo Święte, Stary, a przede wszystkim Nowy Testament, w którym Bóg objawia swoją miłość do człowieka. Szczególnie współcześnie mamy prawo mieć wątpliwości, czy naprawdę żyje modlitwą człowiek, który nie karmi się wiernie i regularnie słowami Pisma Świętego.

Zaraz po Piśmie Świętym powinniśmy ze szczególnym upodobaniem przejść do pism świętych i mistyków. U nich widać ciągle na nowo, jak szerokie horyzonty otwiera przed nami życie modlitwy, jak wielką radość i pokój możemy znaleźć, jeżeli całkowicie oddamy się modlitwie. Nie dawajmy posłuchu tym, którzy twierdzą, że to nonsens, aby początkujący czytali mistyków, że to zbyt „wzniosłe” dla nich, że łatwo prowadzi na bezdroża albo doprowadza do rozczarowania. „To jedno mogę wam powiedzieć — zapewnia św. Teresa od Jezusa — z całą szczerością i prawdą, że w czasie kiedy jeszcze nie otrzymywałam tych łask ani nawet nie miałam nadziei, bym je kiedy w życiu moim poznała, w tym więc czasie czytając w książkach o tych łaskach i pociechach, które Bóg daje duszom wiernie Mu służącym, wielką za każdym razem odnosiłam z tego czytania pociechę i silną pobudkę do gorących z głębi duszy dziękczynień Bogu… Przykład takich mężów Bożych, gdy widzimy jak rzeczy, które nam się wydawały niemożebnymi, im nie tylko są możebne, ale i z łatwością i weselem ducha je czynią, silnie nas pobudza i ducha nam dodaje. Patrząc na taki swobodny i wysoki wzlot ich, i my się jakoby ośmielamy do lotu, podobnie jak pisklęta z przykładu ojca lub matki uczą się próbować skrzydeł swoich i choć zrazu wysoko nie wzlecą, powoli jednak coraz lepiej zdążają za starymi!”.

Ile czasu należy przeznaczyć na czytanie duchowe? Eugen Boylan pisze: „Bez regularnego czytania duchowego nie można postąpić naprzód w modlitwie ani wytrwać w życiu duchowym. Określenie minimalnego czasu na to ćwiczenie wydaje mi się trudnym zabiegiem, ponieważ łaska Boża zawsze dostosowuje się do warunków… Można więc powiedzieć, że kto bez jakiejś koniecznej przyczyny, ogranicza czytanie duchowe do mniej niż trzech godzin tygodniowo, doprowadza swą duszę do śmierci głodowej”.

Pół godziny czytania codziennie wydaje się odpowiednie. Kto twierdzi, że nie może znaleźć tej pół godziny, w większości wypadków potwierdza, jak nie docenia czytania duchowego albo przynajmniej nie uważa, by było konieczne, ponieważ na sprawy, które uznajemy za ważne dla nas, zawsze znajdujemy czas. Praktycznie każdy w ciągu doby znajduje czas na jedzenie i spanie. Z doświadczenia wiemy, że jest to nieodzowne. Jeśli uznalibyśmy czytanie duchowe za równie konieczne, wtedy wiele innych spraw, może interesujących i pożytecznych, ale nie zawsze niezbędnych, ustąpiłoby miejsca czytaniu duchowemu.

19/9/2005 AA - cz 2

11. Szczęście to przede wszystkim praca od wewnątrz.

12 . Nie komplikuj.

13. Swoje życie i wolę powierz opiece Boga.

14. Nie pij, nawet jeśli ci zadek odpada; weź go w troki i przynieś na mityng.

15. Najpierw rzeczy najważniejsze.

16. Bóg nigdy nie zamyka drzwi, nie otwierając zarazem jakiegoś okna.

17. Daj sobie spokój i daj szansę Bogu.

18 Czy to naprawdę ważne?

19. Zbieg okoliczności: Bóg czyni małe cuda, ale pragnie zachować anonimowość.

20. Stosuj, nie analizuj.

21. Członek AA to pijak obdarzony sumieniem.

22. Stare prawdy wytyczą ci nową drogę.

23. Nie ma nic złego w pogoni za szczęściem – tylko się nie wściekaj, jeśli ci umknie.

12/9/2005 AA

Kiedyś miałem spory kontakt z ludźmi uzależnionymi od alkoholu. Popieram bowiem całkowitą trzeźwość. Wiemy że JEZUS jest PANEM, ale trzeba jednocześnie być panem swego życie, by nim nie był alkohol.

Kiedyś św. Paweł napisał takie słowa: "Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe. Nie bądźcie przeto nierozsądni, lecz usiłujcie zrozumieć, co jest wolą Pana. A nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem, przemawiając do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach. Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa! ( Ef 2, 16 - 20).

Dziś na modlitwie przyszło mi do głowy by przytoczyć trochę myśli z książeczki: "Trzeźwe myśli. Humor i mądrość w powrocie do zdrowia". Oto one:

l. Żyj dniem dzisiejszym.

2. Daj czas czasowi.

3. Niepoczytalność: robisz w kółko to samo, a spodziewasz się zmian.

4. Mityng udany to taki, na którym nikt się nie upił.

5. HALT, czyli STOP dla głodu, złości, samotności i zmęczenia. ( HALT: Hungry, Angry, Lonely, Tired).

6. Piłeś może dawno, ale to nie znaczy, że daleko ci do kieliszka.

7. Nim zaczniesz żyć z kimś, naucz się żyć ze sobą.

8. Nieważne, co cię spotyka – ważne jak to postrzegasz.

9. Krok Czwarty: lęk, uraza, użalanie się nad sodą, poczucie winy, nienawiść i wszystkie tego powody.

10. Jak wszystko i to przeminie.

8/9/2005 "darmo otrzymaliście...darmo dawajcie" cz. II

DUCH ŚWIĘTY.

Czytając codziennie Pismo św. rodziło się we mnie coraz większe pragnienie Ducha św. Chciałem aby na mnie zstąpił. Jezus wiele mówił o Duchu Św. Duch św. przyciągał moją uwagę. Czytałem:

„Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym”.

Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię.”

„Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę.”

„Zachariasz, został napełniony Duchem Świętym i prorokował”.

„Symeon…wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni”.

„A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica”.

„W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym”.

„Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą.”

„Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze - Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.”

„A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”

„Gdy jednak przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie”

„Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was”

„Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie - niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza». A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był dany, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony.”

„Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym». Zapytywali Go zebrani: «Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?» Odpowiedział im: «Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi».”

I wiele innych tekstów. Pewnego razu było to w maju 1985 roku szedłem ulicą i spotkałem dwie koleżanki. Wiedziałem że bardzo kochają PANA. Widząc je śpiewające coś tam pod nosem zapytałem, tak po prostu, co trzeba zrobić aby otrzymać Ducha Św. „Przyjdź w następną sobotę na czuwanie modlitewne” – usłyszałem. Dziwna odpowiedź, ale wiedziałem, że właściwa. To było w sobotę. W poniedziałek, nie było mnie w domu, kiedy to jedna z nich przyniosła książkę „Trzecia godzina dna” i wypisane fragmenty z Pisma św. mające mi pomóc w przygotowaniu na to wydarzenie. Czytając książkę byłem zdumiony działałaniem Ducha św. Dowiedziałem się, że istnieje i dziś charyzmat mówienia obcymi językami. Modląc się dotarłem do soboty. Odczuwałem dziwny lęk. Bałem się, a jednocześnie chciałem tego czegoś niewiadomego. Po południu pamiętam, wieszałem z bratem bojler na wodę. Ciekawe, że bojler służy do podgrzewania zimnej wody. Teraz dopiero zrozumiałem, że WODA- Duch Św, który zstąpił na mnie w czasie chrztu miał we mnie być rozgrzany. Poszedłem na spotkanie. Było tam około 30-40 osób. Odczuwałem jakiś dziwny nastrój. Cały czas bojąc się, a jednocześnie pragnąc bardzo mocno Ducha Św. Rozpoczęły się nieszpory. Później katecheza na temat Ducha Św. I modlitwa. W większości byli to młodzi ludzie. Była też kobieta w wieku ok 40 lat. Kiedy kapłan spytał kto chce, aby za nim się pomodlono o Ducha Św. ona pierwsza poprosiła. Uklękła. Inni podeszli do niej. Położyli ręce na jej głowie i zaczęli modlić się głośno. Usłyszałem, że modlitwa była prowadzona w nieznanym języku. Coś mi mówiło, że jest to dar języków. Kiedy przestali się modlić wiedziałem, że chcę też takiej modlitwy . Ukląkłem. Podeszli do mnie. Położyli ręce i modlili się. Odczuwałem duży pokój, radość. Było mi bardzo dobrze. Nie wiem jak długo się modlili, a chciałem, by czynili to jeszcze, i jeszcze. W którymś momencie zobaczyłem, że łzy lecą mi po twarzy. Zdziwiłem się. Nie miałem powodu by płakać. Nie przeszkadzały mi one. Odczuwałem coś bardzo dobrego, ale nie wiedziałem co się dzieje. Po tej modlitwie modlono się nad innymi. Spotkanie zakończyło się Mszą św. Do domu wracałem jak na skrzydłach.

Następnego dnia było u nas w parafii spotkanie oazowe. Nikt nie wiedział o tej modlitwie nade mną. Ale jeden z kolegów powiedział:
-„Co ci się stało?”
-A co miało się stać? - odpowiedziałem.
-Jesteś jakiś inny…
Teraz wiem. Duch Św. przemienia człowieka. Ja nie widziałem tej zmiany, ale kolega widział.

Następny tydzień był wyciszony i rozmodlony. Nie spotykałem się z ludźmi. Głęboko doświadczałem PANA na modlitwie. Słowo Boże można, by powiedzieć parzyło me serce. Fragmenty, których nie rozumiałem stawały się jasne. Po tygodniu przyszła jeszcze raz koleżanka i spytała czy ma dar języków. A ja kręcę głową, że nie. „No to módlmy się”. Modlimy się, modlimy i nic…Wreszcie poszła do domu. Kiedy wróciłem do swego pokoju pomyślałem spróbuję jeszcze raz. I nagle, ale bardzo spokojnie zacząłem się modlić w dziwnym języku. Im dłużej się modliłem tym większego pokoju doznawałem. Św. Paweł pisał: „Jeśli bowiem modlę się pod wpływem daru języków, duch mój wprawdzie się modli, ale umysł nie odnosi żadnych korzyści. Cóż przeto pozostaje? Będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem, będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i umysłem” oraz „nie przeszkadzajcie w korzystaniu z daru języków!” i „Chciałbym, żebyście wszyscy mówili językami”. Zrozumiałem, że dar języków jest, by uwielbiać Boga z całego serca. Jak wielki i potężny jest Duch Św. który w nas zamieszkuje! Bądź uwielbiony Duchu Św. Ty jesteś PANEM! Tyś BOGIEM żywym i prawdziwym!


Po latach zrozumiałem, że gdyby nie było tego doświadczenia obecności Ducha Św. nigdy bym nie wstąpił do OO. Bernardynów. Duch św natchnął mnie bym zainteresował się Św. Franciszkiem. Czytając o nim zobaczyłem, że doświadczył podobnego poruszenia Ducha św. w swoim życiu co i ja. Prosiłem więc PANA, by mi oświecił drogę ku NIEMU. Po roku wstąpiłem do Zakonu. Jestem szczęśliwy, że PAN dał mi łaskę być w tym świętym Zakonie. A ciebie czytelniku proszę o modlitwę, abym święcie zakończył mój żywot, właśnie w Zakonie Św. Franciszka.

Św. Paweł napisał: „Mam właśnie ufność, że Ten, który zapoczątkował w was dobre dzieło, dokończy go do dnia Chrystusa Jezusa”


O doświadczeniu z Bogiem Ojcem i na temat Maryi napiszę w najbliższej przyszłości :+)

8/9/2005 "darmo otrzymaliście...darmo dawajcie" cz. I

JEZUS.

Opiszę swoje doświadczenia Boga. Niektórzy mocno przeżywają czas I Komunii św. Ja nie. Pamiętam do tej pory panujący nastrój. Mój rozum niewiele z tego pojmował. Pamiętam, że ktoś powiedział mi bym po przyjęciu opłatka ( nie powiedział - Pana Jezusa) należy go trzymać tak długo aż się rozpuści. Dziś wiem, że nie była to dobra rada. Pana Jezusa mamy spożyć w sposób zwyczajny, jak zwykły chleb. Nie pamiętam, bym chodził w białym tygodniu do kościoła. Miałem bowiem do niego 7 kilometrów. Natomiast radośnie wspominam wakacyjne powroty z kościoła na piechotę. Niedzielna Msza św. kojarzy mi się z pieśnią:„My chcemy Boga”.
Przez cały czas, tak mi się wydaje, odmawiałam codziennie wieczorem Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu. Później dodałem Aniele Boży.

Po przeprowadzeniu się do Olsztyna, było to od razu po pierwszej Komunii św, dojeżdżałem do kościoła ok. 3 km autobusem miejskim. Kiedy przekroczyłem VI klasę powoli rozważałem po co chodzi się do kościoła. W pierwszych klasach podstawówki siadałem w początkowych ławkach kościelnych ok. 6 - 7 klasy znajdowałem się w środku kościoła . w 8 i 1 - 2 Zawodówce znajdowałem się pod chórem albo na podwórku. Wtedy spóźniałem się znacznie, a po Baranku Boży wychodziłem do domu. Świadomie chyba raz opuściłem Mszę Św. wtedy poszedłem do kina. Sumienie (dzięki Bogu!!!) nie pozwoliło mi powtórzyć tego numeru.

Pójście do Zawodówki otworzyło przede mną nowy świat. Dokonywałem wyborów. Jeden z kolegów wszedł w środowisko narkomanów. Imponował mi bardzo. Chciałem kłuć się jak on jednak powstrzymywał mnie. We mnie też była jakaś SIŁA, która mówiła mi „NIE!”. Przeczuwałem, że nie mogę tak daleko, bo powrotu nie będzie. Słuchałem wówczas dużo muzyki. Przeróżnej: Black Sabbath, Led Zeppelin, Tangerine Dream, Budgie, Can, Van Hallen, Judas Priest, The Who, Sex Pistols, Vangelis , Kraftwerk…Prawie wszystkie rodzaje muzyki. Nie rozmawiałem z nikim o swoim życiu. Z NIKIM! Nie umiałem w ogóle rozmawiać. Jeżeli już, to tylko opowiadaliśmy sobie dowcipy, gadaliśmy o muzyce…i dziewczynach. W pierwszej klasie Zawodówki wygrałem konkurs prezenterów dyskotekowych – międzyszkolnych. Puchar mam do tej pory. Bywało że w I i II klasie zamykałem się w pokoju, puszczałem jakąś psychodeliczną muzykę i wąchałem klej. Miałem jakiegoś rodzaju odloty. Zacząłem rozmyślać nad sensem życia. Stawiałem sobie pytanie: „Co to by było, gdyby mnie nie było?”…Dochodziłem do rozpaczy…Innym pytaniem było: ”Kiedy będzie koniec?” Rozumowałem: umrę, pójdę do nieba, będę tam długo, ale… kiedy będzie koniec? Tu też dochodziłem do rozpaczy. Mój umysł wchodził w ciemność... Myślałem o samobójstwie, ale rozsądek mówił mi, że to nic nie da. Zacząłem interesować się filozofią. Moja siostra studiowała takie rzeczy, więc miałem je pod ręką. Po jakimś czasie związałem się z takimi ludźmi, z którymi postanowiłem uciec z domu i zamieszkać gdzieś w lesie. Takie tam hipisowskie życie. To była II klasa Zawodowa. Myślałem: „II klasę dociągnę do końca, na wakacjach posiedzę jeszcze w domu, a jakoś pod koniec sierpnia dam nogę. Takie były plany. Ale w maju spotkałem koleżankę. Pytałem co robi i gdzie wybiera się na wakacje. Mówiła coś o Oazie, o modlitwie, o Mszy św., Różańcu, i że trwa to 2 tygodnie. Pomyślałem, warto spróbować. Chwytałem się różnych rzeczy to wezmę jeszcze to. Coś mnie ciągnęło, by w ciszy posiedzieć w jakimś zakątku wiejskiego kościółka. Ale nie po to by szukać Boga, ale by filozofować. Zgłosiłem się na Oazę. Koleżanka, która mi o tym mówiła jest obecnie w Kościele Zielonoświątkowym. 0d 30 czarwca do 14 lipca 1982r. przebywałem na rekolekcjach Oazowych w Lidzbarku Warmińskim, na ulicy Wiejskiej. Było dużo młodzieży. Dziewczyny. Chłopcy. Zostałem przydzielony do grupy, chyba Adriana. Codziennie w grupach czytaliśmy fragmenty Pisma św. i mówiliśmy o tym co one oznaczają. Ja nigdy nie rozumiałem tych dziwnych tekstów. Coś tam zawsze jąkałem, albo po prostu spałem pod drzewem. A Słowo Boże było siane obficie. Zdumiewająca była dla mnie modlitwa psalmami, zwłaszcza śpiewana. Różnej muzyki słuchałem, ale nie takiej! Tam słuchałem, a tu sam wykonywałem razem z innymi. Rozpalało to moje serce. Czułem, że wstępuje we mnie ŻYCIE. Zdumiewająca była modlitwa spontaniczna. Modlono się tam do Boga jakby Go widziano. Przerażała mnie bliskość Boga. Bałem się. Odczuwałem przed NIM lęk. Wiedziałem, że muszę dokonać wyboru. Albo się zamknę na amen albo otworzę na całego. Gdy zrobię to drugie, moje życie zmieni się radykalnie. Wieczorami prowadzone były szkoły modlitwy. Najpierw katecheza, następnie modlitwa spontaniczna i śpiew. Pamiętam ze bardzo pragnąłem coś powiedzie, ale lęk paraliżował mnie. Chyba po 10 dniach powiedziałem jakąś modlitwę. Nie wiem jaką. Był to dla mnie przewrót kopernikański. Ja wobec tej niewielkiej wspólnoty zwróciłem się głośno do Pana, a On wysłuchał mego wołania. Coś się stało. Następnego dnia pierwszy raz w swoim życiu rozmawiałem o swoich sprawach z animatorką. Była przerażona tym co mówię, a ja byłem szczęśliwy. Wreszcie ktoś mnie słuchał i chciał mnie słuchać. Ten wieczór i modlitwa był momentem kiedy uwierzyłem i pozwoliłem Panu wejść w życie. Przypomina się fragment z Pisma Św. :
„Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. Ale jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia. (Rz 10, 8-10)
Oraz:
„Oto stoję u drzwi i kołaczę:
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze Mną.” (Ap 3, 20)

Kiedy przyjechałem do domu postanowiłem modlić się codziennie 30 minut. Zamykałem się w pokoju, klękałem i…nie wiedziałem co mówić. Po prostu klęczałem wiedząc, że Pan jest. O nic nie prosiłem, bo byłem tak bardzo pokręconym człowiekiem, że nie wiedziałem o co prosić. Klęczałem i trwałem przy Panu. On przecież wiedział czego potrzebowałem. Leczył moje rany. Odnawiał moje życie. Uregulowałem sprawę spowiedzi i mego przystępowania do Komunii. W wieku 17 lat zostałem ministrantem. Od tamtej pory codziennie trwałem przynajmniej na 30 minutowej modlitwie. To tyle odnośnie do mego spotkania się z JEZUSEM, który jest jedyną miłością mego życia i jedynym moim sensem. Poza JEZUSEM nie ma szczęścia. Poza JEZUSEM nie ma zbawienia. JEZUS jest moim PANEM i niech tak pozostanie na wieki wieków. AMEN! AMEN! AMEN!

6/9/2005 O przedziwna wielkości !

Wielkie to nieszczęście i pożałowania godna słabość, że gdy macie Jezusa Eucharystycznego wśród siebie obecnego, wy zajmujecie się czymś innym na świecie. Niech zatrwoży się cały człowiek, niech zadrży cały świat i niech rozraduje się niebo, gdy na ołtarzu w rękach kapłana jest Chrystus, Syn Boga żywego!

O przedziwna wielkości i zdumiewająca łaskawości!
O wzniosła pokoro!
O pokorna wzniosłości,
bo Pan wszechświata Bóg i Syn Boży,
tak się uniża, że dla naszego zbawienia
ukrywa się pod niepozorną postacią chleba!


Patrzcie, bracia, na pokorę Boga i wylewajcie przed nim serca wasze, uniżajcie się i wy, abyście zostali wywyższeni przez Niego.

Św. Franciszek z Asyżu


4/9/2005 ...poświęcony Tajemnicy eucharystycznej

"Ten specjalny rok, poświęcony Tajemnicy eucharystycznej, ogłosił umiłowany Papież Jan Paweł II, aby obudzić w ludzie chrześcijańskim wiarę, zdumienie i miłość do tego wielkiego Sakramentu, który stanowi prawdziwy skarb Kościoła. Z jakąż pobożnością odprawiał on Mszę świętą, centrum każdego swego dnia! Ileż czasu spędzał na adoracji i cichej modlitwie przed Tabernakulum!" - mówił Benedykt XVI z czcią wspominając zmarłego Papieża.

3/9/2005 modlitwa wewnętrzna

Św. Teresa od JEZUSA, Księga życia:

To tylko mogę powiedzieć, o czym wiem z własnego doświadczenia. Kto raz zaczął ćwiczyć się w modlitwie wewnętrznej, jakkolwiek by liczne i wielkie były wady i usterki jego, niech jej nie porzuca, bo rozmyślanie właśnie jest środkiem, za pomocą którego może się poprawić, a bez niego poprawa będzie o wiele trudniejsza. I niechaj nie poddaje się tej pokusie diabelskiej, jak ja nią skusić się dałam, by opuszczał modlitwę wewnętrzną rzekomo przez pokorę; niechaj wierzy Temu, którego słowo omylić nie może, iż jeśli naprawdę żałujemy za grzechy swoje i mamy postanowienie nie obrażać Go więcej, On przywraca nam dawną przyjaźń swoją i na nowo daje nam łaski, które przedtem dawał, a nieraz i dużo większe, jeśli kto gorącością skruchy swojej na to zasłuży.

Kto zaś jeszcze nie zaczął, tego proszę na miłość Zbawiciela, niech siebie tak wielkiego dobra nie pozbawia. Nie ma tu czego się lękać, dość tylko chcieć. Bo chociażby nie uczynił wielkich postępów, choćby się nie zdobył na tę wielką usilność i męstwo, jakich potrzeba, aby dojść do doskonałości i zasłużyć na te szczególne łaski i pociechy, jakie Bóg daje doskonałym, tyle przecie co najmniej będzie miał zysku, że powoli pozna drogę wiodącą do nieba; a jeśli wytrwa, wtedy już najlepszą o nim mam nadzieję w miłosierdziu Boga, którego nikt jeszcze nie obrał sobie za przyjaciela, by On mu za to nie odpłacił. Modlitwa bowiem wewnętrzna nie jest to, zdaniem moim, nic innego, jeno poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i wylana, po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje. Prawda, że ty może Go nie miłujesz. W istocie bowiem do prawdziwej miłości i do trwałej przyjaźni potrzeba, aby z obu stron równe było usposobienie i warunki; ze strony Pana wiemy, że nie może tu nie dostawać niczego, ale my ze swej strony mamy naturę skażoną, zmysłową, niewdzięczną, nie potrafisz zatem zdobyć się na doskonałą miłość Boga przy tak nierównych warunkach. Z tym wszystkim jednak, pomnąc jak wiele tobie zależy na przyjaźni Boga i jak wielce On ciebie miłuje, przemagaj samego siebie i znoś tę ciężkość, jaką ci sprawuje dłuższe obcowanie z Tym, który tak jest różny od ciebie.

O dobroci nieskończona Boga mojego, wszak w tym, co powiedziałam, widzę jakby naocznie wierny obraz Twojego postępowania ze mną i mojego zachowania się względem Ciebie! O rozkoszy aniołów, gdy na ten obraz patrzę, rada bym cała rozpłynęła się w miłości! Prawdziwie więc Ty znosisz tego, który znieść nie może, byś Ty z nim mieszkał! O jakiż to dobry przyjaciel z Ciebie, Panie mój, jakże go obsypujesz darami miłości swojej, znosisz go i czekasz czy w końcu nie podźwignie się do wysokości Twojej, a tymczasem tak cierpliwie znosisz niskość jego! Zaliczasz mu w zasługę, Panie mój, krótką chwilę, którą poświęci miłości Twojej i za jeden moment skruchy puszczasz w niepamięć to, czym Ciebie obraził.

Jasno to poznałam na samej sobie, Stworzycielu mój, i nie rozumiem dlaczego cały świat nie stara się o złączenie się z Tobą tak ścisłą, poufną przyjaźnią. Źli, usposobieniem swoim tak różni od Ciebie, powinni by się łączyć z Tobą, abyś Ty ich uczynił dobrymi; niech się zgodzą tylko, byś Ty był z nimi choć dwie godziny dziennie (!), jakkolwiek oni nie umieją być z Tobą, jeno wśród tysiącznych roztargnień, trosk i myśli światowych, jak ja to czyniłam. Za to przezwyciężenie, jakie sobie zadają, dla dobrowolnego, wbrew roztargnieniem pozostawania w tak szczęśliwym z Tobą towarzystwie, bo w początkach, a nieraz i później nic więcej na rozmyślaniu uczynić nie zdołają. Ty, Panie, łaskawie na nich spoglądasz i wzajemnie jakoby gwałt zadajesz czartom, wstrzymując ich napaści na tych zapaśników Twoich i z każdym dniem bardziej siłę ich przeciwko nim umniejszając, a tym przeciwnie, sił dodając, aby zwycięstwo odnieśli. Zaprawdę, Ty nie zabijesz — Życie wszelkiego życia — żadnego, kto Tobie zaufa i pragnie Ciebie mieć przyjacielem, ale i samegoż ciała życie pokrzepiasz, dodając zdrowia i zdrowie dajesz duszy.

Nie rozumiem, czego się lękają ci, którzy boją się przystąpić do modlitwy wewnętrznej, nie wiem, co w niej widzą strasznego. Dobrze wie diabeł jaką szkodę nam wyrządza, gdy takie strachy w nas wzbudza i widmami swymi odstrasza nas od rozmyślania, byśmy nie pomnieli, czym obraziliśmy Boga, jak wiele Jemu winniśmy i o tym, że jest piekło, chwała niebieska, i jak wielkie uznojenia i boleści poniósł dla nas Zbawiciel.

O tym było całe rozmyślanie moje i takim pozostało przez wszystek czas, który zostawałam w onych niebezpieczeństwach; w te prawdy zagłębiałam się myślą, gdy mogłam; lecz bardzo często, przez kilka lat, więcej byłam zajęta pragnieniem, by prędzej skończyła się godzina przeznaczona na rozmyślanie i nadsłuchiwaniem rychło zegar wybije, niż dobrymi i pobożnymi myślami. I nieraz ochotniej byłabym podjęła nie wiem jak surową pokutę, którą by mi naznaczono, niż to, że miałam skupić się w duchu dla odprawienia modlitwy wewnętrznej.

Rzecz pewna, że taka była niepowstrzymana siła, z jaką diabeł czy też zła natura moja odciągały mię od rozmyślania, i taka mną ciężkość owładała w chwili przestąpienia progu kaplicy, że potrzeba mi było wezwać na pomoc wszystką odwagę swoją — którą, powiadają, mam niemałą i Bóg mi ją dał dużo większą nad zwykłą siłę kobiecą, jak się to w różnych zdarzeniach okazało, tylko że na złe jej użyłam — nim zdołałam przezwyciężyć siebie, aż w końcu i Pan przychodził mi w pomoc.

Lecz taką przebywszy walkę i w takim stopniu się przemógłszy, większego potem doznawałam pokoju i pociech niż w innych rzadkich zdarzeniach, kiedy mię własna skłonność pociągała do modlitwy.

Jeśli więc takie nędzne stworzenie, jakim ja jestem, Pan tak długo znosił i, jak się okazało naocznie, wszystkie rany duszy mojej za pomocą rozmyślania uleczył, któż jeszcze jakkolwiek by był grzeszny, może mieć słuszny powód do obawy? Bo choćby wielka była złość jego, nie dorówna ona mojej, w której tyle lat trwałam, po tylu łaskach od Pana mi użyczonych. I któż jeszcze może Mu nie ufać, kiedy mnie tak długo znosił za to jedynie, że pragnęłam i szukałam spokojnego miejsca i czasu, aby On przystęp miał do mnie, i to jeszcze tak często bez gorącości serca, jedynie przez wielki wysiłek, jaki sobie zadawałam albo jaki Pan sam mi zadawał? Jeśli więc tym nawet, którzy Bogu nie służą, którzy owszem i obrażają Go, modlitwa wewnętrzna tak bardzo przystoi, tak im jest potrzebna i nikt nigdy, jeśli chce być szczery, nie powie, by odniósł jaką szkodę z odbywania jej, ale raczej będzie musiał przyznać, że wielką odniósł szkodę nie odprawiając jej — czemuż by, pytam, ci, którzy służą Bogu i pragną Mu służyć, mieli ją porzucać? Tego żadną miarą zrozumieć nie mogę, chyba że sami chcą jeszcze bardziej gorzkimi uczynić sobie gorycze tego życia i zamknąć Bogu drzwi serca swego, aby go nie mógł napełnić pociechą. Doprawdy, żal mi tych, którzy tak własnym kosztem Bogu służą! Bo którzy oddają się modlitwie wewnętrznej, tym Pan sam koszta płaci, gdyż za trochę uznojenia napawa ich słodkościami, przy których łatwo znoszą wszelkie uznojenia.

Św. Teresa od Jezusa, Księga życia, rozdział 8

3/9/2005 Przyjaźnie modlących się ludzi

Św. Teresa od JEZUSA

pisze w "Księdze życia":

Radziłabym każdemu, kto się oddaje modlitwie wewnętrznej, aby zwłaszcza z początku starał się o przyjaźń i towarzystwo z takimi, którzy podobnież ćwiczą się w rozmyślaniu. Jest to rzecz w największym stopniu pożyteczna, choćby tylko dlatego, że wtedy jeden drugiego modlitwą swoją wspomaga; tym bardziej, że z takiego połączenia wiele innych wynika korzyści. Jeśli w stosunkach i zabiegach czysto ziemskich, choć niezbyt chwalebnych i nie najlepszych, ludzie szukają sobie przyjaciół dla zobopólnej uciechy, dla zdwojenia sobie smaku marnych przyjemności przez wzajemne o nich rozmowy — nie rozumiem doprawdy, dlaczego by temu, kto szczerze zaczyna służyć Bogu i miłować Go, nie miało być wolno mieć powiernika lub kilku dobranych przyjaciół i zwierzać im się z tymi bądź pociechami, bądź trudnościami, jakich niechybnie doznawać musi każdy, kto się oddaje modlitwie wewnętrznej. Kto prawdziwie pragnie i szuka złączenia się z Bogiem przez miłość, niech się nie lęka, by mówiąc z przyjacielem o tych wewnętrznych przejściach swoich, ulegał próżnej chwale; może mu niekiedy przyjść pokusa albo pierwsze poruszenie próżnej chełpliwości, ale je zwycięży i będzie miał zasługę. Za czym, z taką intencją prowadząc rozmowy sądzę, że i sam z nich odniesie pożytek, pomoże tym, którzy go słuchają i wyniesie z nich większe światło wewnętrzne, tak ku własnemu rozumieniu rzeczy, jak i ku oświeceniu przyjaciół, choć sam nie spostrzeże tego.

Kto by w takich rozmowach powodował się próżną chwałą, ten również będzie się nią unosił, słuchając na przykład pobożnie Mszy świętej, gdy ludzie nań patrzą, albo spełniając inne obowiązki, które każdy spełniać musi, jeżeli chce żyć po chrześcijańsku, a których opuszczać nie wolno, chociażby miała się do nich przyplątać pokusa próżności.

Słowem, tak niezmiernie ważną są te rozmowy duchowe pomocą dla dusz jeszcze nie utwierdzonych w cnocie, a wystawionych na tyle przeciwieństw i fałszywych przyjaciół, pociągających je do złego, że słów mi nie staje na dostateczne ich zalecenie. Jest w tym snadź podstęp diabelski, dla sprawy jego w każdym razie bardzo pożyteczny, że dusze, prawdziwie pragnące pomnażać się w miłości Boga i pełnić wolę Jego, tak trzymają w ukryciu te pobożne pragnienia swoje; gdy przeciwnie, ludzi oddanych światu, tenże diabeł pobudza do głośnego objawiania niskich żądz swoich, co już tak weszło w zwyczaj na świecie, że jakoby za chlubę poczytują sobie niecne występki swoje i jawnie się przechwalają ze zniewag, jakie przez nie wyrządzają Bogu.

Nie wiem, może mówię nie do rzeczy; jeśli tak, niech Wasza Przewielebność to wykreśli, jeśli zaś nie, tedy wspomóż, błagam Cię, Ojcze, prostotę moją, mocniej i szerzej dopowiadając to, czegom należycie powiedzieć nie umiała. Sprawy bowiem służby Bożej tak słabo dzisiaj się prowadzą, że ci, którzy Panu służą, muszą wzajemnie się wspierać, aby naprzód postąpić mogli. Próżności i uciechy świata powszechnie uznaje się za rzecz dobrą i takim, którzy tą drogą idą, mało kto się dziwi; ale gdy kto postanowi oddać się Bogu, takie zewsząd na niego podnosi się szemranie, iż musi szukać sobie przyjaciół, aby zdołał się obronić, póki się na duchu nie umocni, by już nie zważał na żadne cierpienia, inaczej ciężkie będzie miał udręczenia."

3/9/2005 rozdarcie

Św. Teresa od Jezusa, albo jak inni mówią "z Avila" bądź "Wielką" w "Księdze życie" pisze o swoich zmaganiach duchowych. Przytoczę fragment, bo wiem że niekiedy my mamy podobne zmagania. Warto pamiętać, iż mimo utrudzeń nie rezygnowała z modlitwy wewnętrznej.

Żyłam w wielkim udręczeniu, bo na rozmyślaniu jaśniej poznawałam przewinienia swoje. Z jednej strony Bóg mię wzywał, z drugiej ja szłam za światem. Rzeczy Boże sprawiały mi wielką pociechę; rzeczy światowe trzymały mię na uwięzi. Chciałam snadź pogodzić z sobą dwie rzeczy tak przeciwne, życie duchowe z pociechami, upodobaniami i rozrywkami zmysłowymi. Cierpiałam zatem na rozmyślaniu wielkie rozdarcie wewnętrzne, bo duch we mnie nie był panem, jeno niewolnikiem; nie mogłam zamknąć się w samej sobie, na czym zasadzał się cały mój sposób modlitwy wewnętrznej, bym zarazem nie zamknęła z sobą wszelkiego rodzaju myśli próżnych.

Żyłam w taki sposób wiele lat i dotąd się dziwię, jak mogłam tak długo wytrzymać i nie porzucić jednego albo drugiego. Ale wiem dobrze, że porzucić rozmyślanie nie było w mojej mocy, bo trzymał mię w mocy swojej Ten, który mię umiłował chcąc przez modlitwę wewnętrzną większymi jeszcze łaskami mię obdarzyć.

2/9/2005 ach te nasze języki!

Wcześniej pojawiała się tu Św. Teresa od Dzieciątaka Jezus. Dziś jedna z myśli Św. Teresy od Jezusa:

Wielkim była dla mnie dobrodziejstwem łaska, której mi Bóg użyczył, dając mi ducha modlitwy wewnętrznej. Przez nią uczułam, na czym zasadza się miłość Jego, gdyż w krótkim czasie ujrzałam rodzące się we mnie te cnoty nowe, które zaraz wymienię, choć jeszcze słabe, skoro nie zdołały utrzymać mnie na drodze sprawiedliwości. Nie mówiłam źle o nikim, choćby w rzeczy najmniejszej, ale raczej miałam we zwyczaju tłumaczyć każdego, kogo przy mnie obmawiano, mając zawsze na pamięci tę zasadę, że nie powinnam ani z przyjemnością słuchać, ani sama mówić tego o drugich, czego nie chciałabym, by o mnie mówiono. Trzymałam się jak najmocniej tego prawidła ile razy zdarzyła się do tego okazja, choć nie z taką doskonałością, bym niekiedy, w nagłym jakim zdarzeniu nie uchybiła w czymkolwiek. Ale zwykły mój sposób postępowania był taki. Towarzyszki moje i osoby, z którymi przestawałam tak zdołałam nakłonić, iż również ten obyczaj przejęły. Stąd poczęto mówić o mnie, że gdzie ja jestem, tam każdy ma plecy bezpieczne i takąż samą od obmowy obronę miał bliźni u wszystkich, z którymi żyłam w przyjaźni albo miałam pokrewieństwo, albo którzy nauk moich słuchali...



strona główna